[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Dym? Jaki dym?
 Nie wiem. Ale Tee Jay powiedział to w taki sposób, że bardzo się przestraszyłam i
dlatego nic nie mówiłam.
 W porządku  oświadczył Jim.  Dobrze zrobiłaś, że nam o tym teraz
powiedziałaś.
Może przyniesiesz mi kawałek placka?
Elvira wróciła do kuchni, a Jim odwrócił się do Granta i zapytał:
 Czy coś to panu mówi? Zabijanie kurczaków? Dym& ?  Urwał i po chwili dodał:
 A może kruki, lustra i świece? Albo wdychanie proszku?
Grant niespokojnie zerknął na żonę.
 To nieodpowiednia chwila na rozmowy o takie rzeczach  stwierdził.  I
nieodpowiednie miejsce. Jesteśmy wierzący, panie Rook. Nie tolerujemy bluznierstw.
 A więc wiecie, o czym mówię?
Elisabeth spojrzała na niego, ale Jim nie zdołał niczego wyczytać z jej twarzy. Jednak
Grant odparł:
 Tak. Wiem, o czym pan mówi. O zabijaniu kur, aby zadowolić duchy. Mówi pan o
krukach, które czasem są ptakami, a czasem ludzmi. O lustrach& takich lustrach, które nie
odbijajÄ… twarzy.
 Przestań  odezwała się Elisabeth.  Nie powinieneś mówić takich rzeczy& nie
teraz, nie przed zdjęciem Elvina.
 Może wobec tego moglibyśmy porozmawiać gdzie indziej?  zapytał Jim. Grant
zawahał się, ale Jim dodał z naciskiem:  Sądzę, że to ważne, panie Clay. Może jest już za
pózno dla Elvina, ale nie dla Tee Jaya.
 Wyjdzmy na balkon  zaproponował Grant.
Tak też zrobili, zasuwając za sobą drzwi. Grant oparł się o poręcz i spojrzał w dół, na
małe betonowe podwórko. Małe dzieci bawiły się w piaskownicy, a grupka nastolatków
siedziała paląc i słuchając techno rocka z ogromnego radiomagnetofonu.
 Czego te dzieciaki mogą oczekiwać oprócz tego?  zapytał Grant. W jego głosie nie
było żalu, ale nie było też potępienia.
 Mówił pan o religii Tee Jaya  przypomniał mu Jim.
 Nie wiem o tym zbyt wiele, ale to coś w rodzaju voodoo. Kiedy byłem chłopcem,
dziadek opowiadał mi o tym, gdy chciał mnie przestraszyć. Mówił o proszku, którym kapłan
dmucha ci w twarz, żebyś wydawał się trupem, choć nim nie jesteś. Można cię wtedy kłuć
szpilkami, a ty czujesz to, ale nie możesz krzyczeć. Potem grzebią cię żywcem.
 I wierzy pan w to?
 Ja tylko powtarzam, co mówił mi dziadek.
 No dobrze. A co z dymem, o którym opowiadała Elvira?
 Dziadek wspominał i o dymie, ale nigdy nie mogłem tego zrozumieć. Mówił:  Dym
zawsze może cię znalezć i zawsze może cię skrzywdzić  jak prawdziwy dym może zadusić
cię na śmierć. A co ty możesz mu zrobić? Nic. Jest tutaj i nie ma go. Możesz go dostrzec i
wywąchać, ale nie zdołasz go dotknąć. Strzeż się dymu, powiadał.
 Ale nie wie pan, czym naprawdÄ™ jest ten dym?
 Nie, panie Rook, nie wiem. I przysięgam przed Bogiem, że wolę nie wiedzieć.
 No cóż, dziękuję, że mi pan o tym powiedział  rzekł Jim.  Zaczynałem już
myśleć, że tracę rozum.
Grant spojrzał na niego mrużąc oczy.
 Pan coś wie o śmierci Elvina, prawda? Coś, co wiąże się z tym całym voodoo. Może
mi pan o tym powiedzieć?!
 Przykro mi, ale na razie nie mogÄ™.
 Nie może pan czy nie chce?
 Panie Clay& Wiem niewiele więcej od pana. Jedna widziałem rzeczy, które nie są
normalne, i sądzę, że wiąż się ze śmiercią Elvina. Zrobił pan najlepszą rzecz, jak mógł zrobić:
skierował mnie pan na właściwy trop. Obiecuję, że jeśli dowiem się, kto zabił Elvina, będzie
pan pierwszą osobą, której o tym powiem.
 W porządku  odparł Grant.
Drzwi balkonu rozsunęły się i Elvira z uśmiechem powiedziała do Jima:
 Pańskie ciasto czeka, panie Rook.
 Dziękuję, Elviro  rzekł Jim i wszedł za Grantem do środka. Jednak kiedy zerknął
za okno, wydało mu się, że w zaśmieconym rogu podwórka, między huśtawkami i garażami,
dostrzegł jakiś cień. Usiłował skupić na nim wzrok, ale garaże były za daleko.
ROZDZIAA V
Stracił przeszło dwadzieścia minut, zanim odnalazł dom Jonesów stojący na trójkątnym
skrawku pokrytego chaszczami terenu przy ruchliwej szosie. Dolatujący z niej hałas zagłuszał
myśli, a powietrze było gęste od smogu.
Przed domem znajdował się niewielki spłachetek suchej trawy, prawie cały zajęty przez
wrak brązowego buicka riviery bez kół, ustawionego na cementowych pustakach. Mały
czarny chłopczyk zawzięcie pedałował tam i z powrotem na trójkołowym rowerku. Z nosa
ciekły mu błyszczące strużki, które co chwila zlizywał. Jim miał ochotę dać mu chusteczkę,
ale jedna chusteczka nie rozwiązałaby problemu. Widywał siedmio i ośmioletnie dzieci
jawnie palące papierosy, które dostawały od rodziców. Czym była przy tym ta odrobina
smarków?
Podszedł do frontowych drzwi i zadzwonił, chociaż drzwi były uchylone. Ich zielona
farba była wyblakła i złuszczona, a szyba jednego z okien zbita. Z wnętrza dolatywał zapach
smażonego kurczaka i monotonny łomot prymitywnej muzyki.
Odczekawszy chwilę, wszedł do środka. Dom był nędzny, lecz zadbany, z
szydełkowymi serwetkami na każdym stoliku i pokrowcami na oparciach wszystkich foteli.
Zciany pokrywały kolorowe fotografie ciotek, wujków i kuzynów oraz kiczowate obrazy
przedstawiające dzikie afrykańskie zwierzęta u wodopoju.
Jim przeszedł korytarzem do kuchni, w której chuda kobieta w okularach i zielonej
sukience kroiła paprykę. Kiedy lekko zastukał w drzwi, podniosła głowę zaniepokojona.
Niewątpliwie była matką Tee Jaya: odziedziczył je oczy, nos i zdecydowany kształt
szczęki.
 Pan Rook!  zawołała.  Co pana tu sprowadza?
 Jak się pani ma, pani Jones? Wpadłem sprawdzić, jak się pani miewa.
 Dobrze, o ile może tak powiedzieć ktoś, kogo syn jest oskarżony o zabójstwo
swojego najlepszego przyjaciela.
 Widziała się pani z nim?
 Dzisiaj rano, na posterunku policji. Szukali dla niego prawnika.
 Jak wyglÄ…da?
 Właściwie tak samo jak zwykle  odparła pani Jones, zsuwając pokrojoną paprykę
do miski.  Nie powiedział więcej jak dwa słowa.
 Chciałbym, żeby pani wiedziała, że wcale nie uważam, by Tee Jay to zrobił.
 Wygląda na to, że tylko pan tak uważa  odparła kwaśno.
 Wcale nie. Większość jego kolegów też tak myśli, chociaż niektórzy wspominali, że
Tee Jay ostatnio zachowywał się trochę dziwnie.
  Dziwnie to mało powiedziane  odparła pani Jones.  Przez ostatnie trzy czy
cztery miesiące nie dało się z nim żyć. Wracał pózno w nocy, pyskował do mnie. Przestawał z
najgorszymi szumowinami.
 Chce pani powiedzieć, że zachowywał się jak każdy normalny osiemnastolatek?
 Możliwe. Ale usiłuję sama utrzymać rodzinę, łapiąc każdą pracę, jaką ześle mi Bóg,
i ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję, to bunt, przekleństwa i trzaskanie drzwiami. Po prostu nie
chcę tego. Kiedy odwróciła się do Jima, zobaczył w jej oczach łzy.
 I nie chcę, żeby mój syn siedział w więzieniu, oskarżony o morderstwo pierwszego
stopnia  dodała.
 Pani Jones, jeśli nie chce pani teraz rozmawiać& Nagle hałaśliwa muzyka ucichła i
pojawił się starszy brat Tee Jaya, Anthony, w podkoszulku z emblematem Dodgersów i
obszernych bermudach. Był jeszcze wyższy i szerszy w barach niż Tee Jay. Położył wielką
dłoń na ramieniu matki.
 Cześć, Anthony  powiedział Jim.  Wpadłem sprawdzić, czy waszej mamie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • marucha.opx.pl