[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się do walki z sercem pełnym czarnych przeczuć, natomiast z pustym brzuchem. Schudł już i
tak, co będzie dalej? A najgorsze, że dalej może wcale nie być. Tylu rycerzy odjechało już do
Niemiec z sianem w brzuchu 5, by na wieki spocząć w ojczystych zameczkach. Pono własna
ziemia jest lżejsza. Gorzej tym, co leżą w mule przykopy. Szlachetny rycerz omal sam w nim
nie pozostał. Wzdragał się na myśl, że trzeba tam będzie iść znowu.
Szczęściem silny deszcz, w jaki z nagła przeszła mgła, odłożył te rozmyślania wraz z
natarciem do pogodniejszego dnia, natomiast wszystkich knechtów pognano z toporami w las
po budulec na tratwy i machiny, bo onegdaj niemal wszystkie wieże uległy zniszczeniu.
Rycerz Gotfryd przeleżał do południa, ale choć rozbity się czuł, głód spędził go z
legowiska. Wyszedł właśnie poszukać czegoś do jedzenia, gdy straszliwy wrzask od strony
lasu oznajmił, że dzieje się coś niezwykłego. Knechci biegli w zamieszaniu do obozu,
rzucając narzędzia, a z ich bezładnych opowieści wynikało, że w biały dzień tuż pod
cesarskim bokiem opadły ich gromady chłopstwa. Cesarz wysłał zaraz jazdę z rozkazem
wywieszania pojmanych na miejscu, ale nie powieszono nikogo, bo nikogo już nie było, zaś
rycerz Heribert, który oddziałem dowodził, nie chciał zapuszczać się w lasy w obawie
zasadzki. Cesarz złajał go, okazało się jednak, że obawa była uzasadniona. Gdy bowiem
wieczorem powtórzył się napad na rozstawione straże i sascy kopijnicy, którzy stali w
pobliżu, skoczyli na pomoc, natknęli się na zaczajoną w ciemności jazdę pancerną i miast
jeńców przywiedli kilkunastu swoich rannych i przynieśli trupy. Zresztą przez całą noc
dokoła obozu rozlegały się wrzaski, słychać było stąpania i szelesty w zaroślach, które
znaczną część wojsk trzymały w stałym pogotowiu, i tak już pozostało do końca wyprawy,
gdyż nigdy nie było wiadomo, kiedy i skąd napad przyjdzie. Noce nie niosły wypoczynku.
Mimo to cesarz zawziął się na Głogów, choć już na naradzie odzywały się głosy, by go
poniechać i ciągnąć w górę rzeki, gdzie przeprawy były łatwiejsze, a nie zniszczone wojną
okolice pozwolą na zaopatrzenie wojsk, z każdym dniem coraz uciążliwsze.
XIV. PSIE POLE
Pierwsze słoty jesienne przygniatać zaczęły do ziemi smolne dymy, które dzień za dniem
otulały gród, z zaciekłością zemsty broniący się coraz potężniej. Rzeka nabrała wody,
rozlewiska od zachodniej strony nasiąkły dżdżem, bagno rozkisło. I dzień za dniem wozy,
które łup z Polski wywozić miały, szły do Niemiec ładowane zwłokami poległych, dla
ochrony od gnicia wypchanych ziołami z solą. A nad cesarskim wojskiem wisiał już
Bolesław, nie dość silny, by wstępnym bojem uderzyć, ale przebiegły i zawzięty. W dzień
cesarz przypuszczał uderzenie za uderzeniem na gród, noc za nocą odpierać musiał coraz
zuchwalsze napaści na własny obóz.
5
z sianem w brzuchu  zabitym wyjmowano wnętrzności, a brzuch wypychano sianem i solą, aby zapo-
biec rozkładaniu się zwłok.
Oblegał i był oblężony. Wysyłane po żywność oddziały ginęły. W oczy cesarskim
zaczynał zaglądać głód.
Aż wreszcie zajrzał z bliska. Henryk widząc, że nie przebije się na wschód przez grząskie
rozlewiska wód Odry i Ochli, ruszył na południe, paląc i mordując. A w ślad za nim pociągnął
Bolesław i kto jeno broń mógł udzwignąć. Pociągnął i ostatni ze Zdzichowej drużyny, Mirek.
W Głogowie pozostali jeno ranni, niewiasty z dziećmi i starcy.
Szedł cesarz na Kraków, ale mimo że ludzkie i końskie nogi dzień za dniem mozolnie
brnęły w jesiennym błocie, wciąż było tak samo daleko. Przed sobą, jak przednią straż, co
dzień widział konne oddziały Bolesława, po bokach zaś i z tyłu gromady chłopstwa polowały
na każdego, kto choć na chwilę od wojsk się odłączył.
Tej chłopskiej zajadłości omal i rycerz Gotfryd życiem nie przypłacił. Musiał czasem
odłączyć się na chwilę, nie nawykły bowiem do byle jakiej, a przeważnie zimnej strawy,
wielkie cierpiał boleści i nie zawsze udało mu się doczekać postoju. Strach jedynie dodawał
mu sił do wytrwania i zaciskał zęby, aż mimo chłodu i wilgoci poty na niego biły. Gdyby mu
kto opowiadał, nigdy nie byłby uwierzył, że marzyć można o chwili ulgi jak o wielkim
szczęściu, dla którego życie nawet warto narazić. Knechci jego natomiast, nawykli do gorszej
strawy i niewygód, żadnego nie mieli zrozumienia dla cierpień swego pana. Gdy dla
bezpieczeństwa brał któregoś z nich, wysłuchiwać musiał drwiących uwag. Tracił u swych
ludzi resztÄ™ szacunku.
Najgorszy był pyskacz Henczko, tak że rycerz w końcu musiał się wyrzec jego usług.
Wzięty na straż, jeno udręki przyczyniał swemu rycerzowi. W chwilach gdy ten najbardziej
potrzebował spokoju, bez żadnego powodu psykał ostrzegawczo, udając, że dojrzał lub
usłyszał jakiś podejrzany ruch. Gdy jednak raz istotnie napad nastąpił, zniknął bez
ostrzeżenia, pozostawiając swego pana w położeniu, które uniemożliwiało jakąkolwiek
obronę. Na szczęście w gęstych krzach Gotfryd pozostał nie zauważony, a napad wkrótce
odparto. Przycupnięty jak zając, okrągłymi ze strachu oczyma patrzył, jak tuż koło niego
przebiegały grozne postacie, choć zbrojne przeważnie jeno w kije, osęki, widły i cepy. Z taką
bronią nie mogli dotrzymać pola dobrze zbrojnemu rycerstwu, ale śmierć od niej cięższa była
niż od miecza czy włóczni, a razy boleśniejsze, choć mniej niebezpieczne. I tego
doświadczenia los nie oszczędził szlachetnemu Gotfrydowi.
Spodziewał się Henryk jeszcze, że zdoła dopaść Krzywoustego i przymusić do bitwy,
która mogła wynik wojny przechylić na jego stronę, ale polski książę nie miał zamiaru stawać
do nierównej walki. Rósł w siłę, a cesarska topniała, nie potrzebował się spieszyć.
Henryk, widząc, że nie zdoła doprowadzić do rozstrzygającego spotkania w otwartej
walce, rozdzielił swe wojska, by, idąc szeroką ławą, łatwiej się mogły wyżywić. Bitew nie
brakło, krótkich, niespodzianych, gwałtownych, które kończyły się, gdy jeno rozproszone
oddziały niemieckie zaczęły się skupiać. Ranni i chorzy coraz bardziej obciążali pochód
cesarski, który ciągnął wciąż jeszcze w serce Polski, jeno że coraz wolniej. Konie zaczynały
padać, niezdolne do pochodu zjadano i coraz więcej rycerstwa szło pieszo wraz z knechtami,
w ciężkich swych zbrojach słaniając się z utrudzenia. Na nogach trzymała ich jeno
świadomość, że pozostać samotnie to śmierć.
Między nimi był i Gotfryd. Po raz ostatni pojadł do syta, gdy zarżnąć musiał swą starą
kobyłę, bo uwaliła się i dalej iść nie chciała. Niewdzięczne bydlę nie rozumiało, że odmowa
dalszych usług oznacza śmierć. Po raz ostatni też rycerz widział u swych knechtów gorliwość [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • marucha.opx.pl